|
środa, 30 grudnia 2009
Od lat nie mam telewizora i dobrze mi z tym. Co jakiś czas przy okazji wyjazdów daję się skusić na oglądanie telewizji - bo telewizor stoi w pokoju hotelowym, bo jestem ciekawa, co tam się zmieniło itd.
Wczoraj próbowałam obejrzeć film na Polsacie. Właściwie - obejrzałam go w końcu, choć temperatura moich uczuć stawała się powoli bliska wrzenia. Bynajmniej nie dlatego, że film był aż tak emocjonujący. Po prostu nie do przyjęcia są dla mnie te bloki reklamowe co 15-20 minut, co gorsza, reklamy w nich się powtarzają, więc niektóre z nich udało mi się zobaczyć chyba z 5 razy.
Najbardziej jednak uderzyła mnie skrajna głupota większości reklam. Do kogo, na litość boską, to jest adresowane? Pojawił się nawet "zwykły proszek"! Chociaż nie, to był "tańszy proszek"... Tak sobie myślę, że jak ktoś ogląda tę tragiczną papkę kilka godzin dziennie, to nie może to pozostawać bez wpływu na jego psychikę! Czy mogę kogoś oskarżyć o świadome ogłupianie społeczeństwa?
Wykonałam też "rajd po kanałach", taki całościowy przegląd. Gdyby zielone ludziki z Marsa chciały dowiedziec się czegoś o ludzkości na podstawie TV, stwierdziłyby mniej więcej, że: ludzie najczęściej ganiają się i strzelają do siebie, ewentualnie ręcznie piorą się po pysku, często też podpalają sobie wzajemnie domy i inne budowle, jak również przegryzają sobie gardła i wypruwają flaki, a także masowo zamieniają się w zombie. Jak już trafił się jakiś na oko bezkrwawy film, to jednak bohater czym prędzej zastrzelił ukochaną, a wcześniej dla niepoznaki jej sąsiadkę. Na miejscu zielonych ludzików oddaliłabym się czym prędzej poszukać jakiejś cywilizacji.
środa, 11 listopada 2009
Na wszystkie troski dobry jest Terry Pratchett. Jadę autobusem, naprzeciwko mnie facet czyta książkę i od czasu do czasu chichocze w czeluściach brody. Podglądam, oczywiście, co to. No i tak się dowiedziałam, że jest nowy Pratchett: "Świat finansjery". Wysiadłam, poszłam do empiku, kupiłam. Właśnie skończyłam czytać, humor mam o 200% lepszy.
Jeśli szukasz czegoś, co pomoże przetrwać szary i mokry listopad, to to jest to.

P.S. przysięgam, że nie mam prowizji od sprzedaży...
piątek, 05 września 2008
Będzie jeszcze o wrażeniach z Francji, a konkretnie o paryskim batobusie. Batobus to takie, co pływa po Sekwanie, kupuje się bilet na dany dzień i można wsiadać i wysiadać na dowolnym przystanku dowolnie wiele razy. W ten sposób można przemieścić się pomiędzy atrakcjami turystycznymi takimi jak wieża Eiffla, Luwr itd. Przystanek batobusa widać na zdjęciu poniżej.
No OK, ale o co mi chodzi? O to, że to dość proste, uruchomienie w sezonie letnim takiego urządzenia, i że to mogłaby być spora atrakcja turystyczna Warszawy. Przystanki też by się dało sensowne zrobić: klasztor na Bielanach, Cytadela, Starówka, ZOO... Ktoś się złoży ze mną na taki stateczek? A może czytają tę notkę władze miasta? :)
czwartek, 04 września 2008
Wakacje spędziłam z Dzieckiem we Francji, po której woziłyśmy się pociągami TGV (zazdrość). W Paryżu dużo zwiedzałyśmy, wożąc się metrem, którego Francuzi mają 16 linii (wielka zazdrość), do tego dochodzi kilka linii kolejki RER i autobusy, a także batobus, czyli tramwaj wodny (ech).
W przewodniku Pascala wyczytałyśmy, ze "do niedawna Bordeaux było brudne, ponure i zapuszczone, ale dynamiczny burmistrz Alain Juppe podjął decyzję o całkowitej przebudowie centrum". Widziałyśmy to przebudowane centrum, wszystko odnowione, deptaki zamkniete dla ruchu, ścieżki rowerowe, spacerowe bulwary nad rzeką, ładne, nowoczesne i ciche tramwaje. Jeśli tyle może zdziałać jeden człowiek, to trudno, muszę się poświęcić. Zostanę prezydentem - może wtedy dorobimy się sprawnej komunikacji, ścieżek rowerowych, miasta które naprawdę jest dla ludzi.
Na zdjęciu poniżej: Bordeaux, bulwary nad Garonną, "lustro wodne", czyli świetna zabawa dla dzieci i dorosłych.
(czy ktoś mi powie, jak się dodaje podpisy pod obrazkiem tak, żeby się one wyświetlały?)

środa, 03 września 2008
Wróciłam w niedzielę z wakacji w nastroju bojowym. Po przeczytaniu maili (na niektóre nawet odpowiedziałam!) i wykonaniu pilnych telefonów usiadłam do Nozbe, przejrzałam wszystkie projekty, uaktualniłam listy zadań itd. Zaznaczyłam "next actions". Ha, wyszło ich jakby dużo. U mnie dużo lepiej jest z planowaniem niz z realizacją, planowanie wymaga kreatywności i jest nawet przyjemne, realizacja - to już proza życia, której nie kocham za bardzo.
Mein Gott, jak się teraz zmobilizować do wykonania zadań z tej jakże przemyślanej listy? Macie jakis pomysł? Za oknem piękne słońce, chciałoby się na spacer, na rower... Pewnie powinna mnie motywować czysta satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, co?
Aha, Nozbe to taki program do zarządzania zadaniami do realizacji, testuję go od pewnego czasu i nawet mi sie podoba. W każdym razie sprawdza się lepiej niż moje dotychczasowe "listy rzeczy do zrobienia". Zastanawiam się tylko (jak już uzyskałam pogląd na to, co jest do zrobienia), czy nie powinnam poszukać jakiejś sekretarki czy innej pomocy. Na samą myśl o przesluchiwaniu kandydatek dostaję wysypki...
Potrzebuję więcej muzyki i radości, no i dlatego właśnie fiesta, żeby dać sobie nadzieję.
|